Kiedy ktoś mówi fotografia ślubna, wiele osób wyobraża sobie głównie portrety pary młodej i ustawiane kadry. A prawda jest taka, że ogromna część historii dzieje się tam, gdzie nikt niczego nie ustawia. Na parkiecie, przy stołach, między jednym śmiechem a drugim. To właśnie tam powstaje reportaż.
Patrząc na takie zdjęcia ślubne widać coś, czego nie da się wyreżyserować. Śmiech, który wybucha nagle, ręce w górze, kiedy wchodzi ta piosenka, wzruszenie przy stole, szaleństwo na parkiecie i momenty totalnego luzu. Tego nie da się wpisać w harmonogram dnia ślubu. To się po prostu dzieje. I właśnie dlatego jestem cały czas czujny, obserwuję i łapię chwile, które trwają sekundę, ale zostają na lata.
Fotograf na weselu nie stoi z boku jak widz. Dobry reportaż to bycie blisko ludzi, ale tak, żeby nie przeszkadzać. Wchodzę między gości, na parkiet, pod scenę, między stoły. Czasem trzeba się schylić, czasem stanąć wyżej, czasem znaleźć się w samym środku tańczącego tłumu. Dzięki temu zdjęcia nie są „o weselu”, tylko są z wesela. Czuć w nich ruch, energię i prawdziwe emocje.
Po latach to właśnie te momenty wracają najmocniej. Nie tylko to, jak wyglądała sala czy dekoracje, ale kto tańczył jak szalony, kto śmiał się do łez, kto przytulał babcię przy stole i kto pierwszy porwał innych do zabawy. To są kadry, które mają w sobie życie. I to jest dla mnie esencja fotografii ślubnej.
Każde wesele jest inne, ale jedno się nie zmienia. Parkiet prędzej czy później zaczyna żyć własnym życiem, a emocje przestają się kontrolować. A ja jestem tam po to, żeby to pokazać bez przerywania, bez ustawiania i bez zatrzymywania chwili na siłę. Reportaż to prawdziwi ludzie i prawdziwe momenty. I właśnie takie historie najbardziej lubię opowiadać zdjęciami.



























