Po 20 latach zawodowego fotografowania postanowiłem pojechać na warsztaty fotograficzne. Tyle że bez prowadzącego, bez grupy, bez programu i bez listy zadań.
Pojechałem sam ze sobą.
Pomysł był prosty. Wziąć aparat, pochodzić kilka godzin po Wrocławiu i fotografować wyłącznie dla siebie. Bez konkretnego zlecenia i bez konieczności przywiezienia określonych zdjęć. Moim jedynym zadaniem było patrzeć.
Na ten fotograficzny spacer zabrałem Canona G7X. Mały, kompaktowy aparat, który można mieć cały czas pod ręką i który nie zwraca na siebie takiej uwagi jak duża lustrzanka. I właśnie o to mi chodziło. Nie chciałem zastanawiać się, który obiektyw założyć ani nosić ze sobą całej torby sprzętu. Chciałem po prostu chodzić po mieście, obserwować i reagować na to, co dzieje się przede mną.
Po tylu latach pracy zawodowej obsługa aparatu jest czymś naturalnym. Przysłona, czas, ISO czy ekspozycja to rzeczy, o których często myśli się już niemal automatycznie. Jest jednak coś, co moim zdaniem fotograf powinien ćwiczyć bez względu na doświadczenie.
Umiejętność patrzenia.
Światło wpadające pomiędzy budynki. Odbicie w szybie. Człowiek, który za chwilę znajdzie się dokładnie w odpowiednim miejscu. Kolory, które nagle zaczynają ze sobą współgrać. Gest, cień albo sytuacja trwająca zaledwie kilka sekund.
Takich rzeczy nie da się zamówić ani dokładnie zaplanować. Trzeba je zauważyć.
Wrocław okazał się świetnym miejscem na takie jednoosobowe warsztaty. Oczywiście fotografowałem architekturę, ale zdecydowanie bardziej interesowało mnie to, co działo się pomiędzy znanymi budynkami i widokami.
Tramwaj i autobus na jednej ulicy, a obok nich stary samochód. Odbicie budynku w szybie. Czerwone krzesła ustawione w ogródku. Ludzie spacerujący po rynku. Dzieci bawiące się w wodzie.
Zwyczajne miejskie życie, które oglądane przez wizjer aparatu przestaje być takie zwyczajne.
Nie miałem przygotowanej listy miejsc, z których muszę przywieźć zdjęcie. Szedłem tam, gdzie akurat coś przyciągało mój wzrok. I z każdą kolejną godziną zmieniało się również światło.
Kiedy słońce zaczęło schodzić coraz niżej, miasto pokazało zupełnie inną twarz. Pojawiło się ciepłe światło, długie cienie, mocne kontrasty i odbicia na bruku oraz wodzie. Te same miejsca, które wcześniej wyglądały zwyczajnie, nagle zaczęły tworzyć gotowe kadry.
To jeden z tych momentów, które w fotografii lubię najbardziej.
Na Odrze pojawiła się łódź, ktoś płynął kajakiem, a zachodzące słońce zamieniło powierzchnię wody w złotą taflę. Kilka minut później wszystko wyglądało już inaczej.
I właśnie gdzieś po drodze powstał jeden z moich ulubionych kadrów z całego wyjazdu.
Na ulicy grała wiolonczelistka.
Niskie, ciepłe słońce znalazło się dokładnie za nią. Podświetliło jej włosy i sylwetkę, a w tle ludzie przechodzący ulicą rzucali długie cienie.
Nie ustawiałem światła. Nie wybierałem miejsca. Nie ustawiałem modelki. Nie mogłem też powiedzieć: „jeszcze raz, tylko proszę pół kroku w prawo”. 😉
Mogłem zrobić tylko jedno i zobaczyć tę scenę, podnieść aparat i nacisnąć spust migawki.
I chyba właśnie to zdjęcie najlepiej podsumowuje cały pomysł tego wyjazdu. Nie chodziło o tworzenie sytuacji do fotografowania. Chodziło o to, żeby jeszcze uważniej zauważać sytuacje, które tworzą się same.
Z Wrocławia wróciłem z ponad 60 fotografiami. I jest w nich coś, czego podczas codziennej pracy zawodowej nie zawsze można sobie pozwolić.
Żadnego z tych zdjęć nie musiałem zrobić.
Nie czekał na nie klient. Nie było briefu, określonej liczby ujęć ani terminu oddania materiału. Fotografowałem wyłącznie dlatego, że coś mnie zainteresowało.
Po wielu latach zawodowego fotografowania takie chodzenie z aparatem bez konkretnego zlecenia jest naprawdę ciekawym doświadczeniem. Trochę przypomina, dlaczego właściwie kiedyś zaczęło się robić zdjęcia.
Doświadczenie jest ważne. Sprzęt również ma znaczenie. Technika pozwala zrobić zdjęcie dokładnie tak, jak chcemy. Ale żaden aparat nie powie fotografowi: „spójrz tam, za trzy sekundy wydarzy się coś ciekawego”.
Dlatego nawet po latach zawodowego fotografowania warto czasem zrobić sobie własne warsztaty. Nie po to, żeby nauczyć się kolejnej funkcji aparatu czy sprawdzić nowy obiektyw. Tylko po to, żeby przez kilka godzin chodzić z aparatem i naprawdę obserwować świat. Moje warsztaty nie miały prowadzącego, certyfikatu ani nawet konkretnego programu.
Miałem Wrocław, małego Canona G7X i jedno zadanie — patrzeć. Bo zanim zrobi się dobre zdjęcie, najpierw trzeba je zobaczyć.


