Od wczoraj łażę z aparatem za Księżycem.
Najpierw wieczorem, później po północy, a potem znów nad ranem.
Nie będę ukrywał, jestem lekko niewyspany, ale za to szczęśliwy. Bo takie widoki to nagroda sama w sobie.
Polowanie na „Łysego” ma w sobie coś magicznego. Cisza, chłodne powietrze, światło odbite od chmur.
To moment, w którym świat zwalnia i można po prostu być z aparatem, wpatrzonym w niebo.
A skoro już wstałem na zachód Księżyca, to przy okazji złapałem kilka kadrów wschodu słońca.
Natura zaskakuje za każdym razem, wystarczy tylko chcieć wstać trochę wcześniej, albo wcale nie iść spać ?.
Fotografia znów przypomniała mi, że najpiękniejsze rzeczy dzieją się wtedy, kiedy po prostu jesteśmy uważni.
















