Są takie zdjęcia, które po latach smakują jeszcze lepiej niż w dniu, kiedy powstały. Wracają nagle, bez zapowiedzi, i oprócz obrazu przynoszą cały klimat tamtego momentu. Zapach trawy, miękkie światło, śmiech i ten spokój, którego ostatnio również nam nie brakuje 😄 .
Te kadry powstały prawie 6 lat temu. Razem z moim kumplem Jackiem włóczyliśmy się po łące z aparatem, a w przerwach popijaliśmy „sok z gumijagód” (kto wie, ten wie 😄). To był taki dzień, który nie miał żadnej presji. Było tylko światło, wolność i koń, który robił wrażenie od pierwszego spojrzenia.
Na zdjęciach jest ogier Carantino Z. Wtedy po prostu piękny, silny koń w swoim żywiole. Dziś to już nie tylko wspomnienie z łąki, ale koń, który startuje w międzynarodowych zawodach skokowych. I to jest w tym wszystkim najfajniejsze, że fotografia potrafi zatrzymać fragment historii, zanim jeszcze ktokolwiek zdąży nazwać ją „ważną”.
Lubię takie powroty. Bo uświadamiają mi, że aparat to nie tylko narzędzie do robienia zdjęć, ale też sposób na kolekcjonowanie chwil. Zwykłych, prostych, prawdziwych. A dopiero po czasie widać, że były wyjątkowe.







